Wyniki banków w Q1 – kryzysu na razie nie widać
 Oceń wpis
   

Opublikowane przez KNF wyniki sektora bankowego po Q1’2012 wskazują na dalszy wzrost zysku netto. Po pierwszych trzech miesiącach wyniósł on 4.2 mld złotych wobec 3.8 mld w analogicznym okresie 2011r. Rok do roku wzrost wyniósł 11.8%, choć warto zauważyć, że jeszcze po lutym tempo to wynosiło aż 37.4%r/r. Można by więc odnieść wrażenie, że marzec przyniósł znaczne pogorszenie w ujęciu miesięcznym. Tak się jednak nie stało (miesięczny zysk w marcu był wyższy niż w lutym), a spadek tempa wzrostu to zasługa bardzo wysokich wyników z marca 2011 r.
 

Poprawa wyniku – w stosunku do sytuacji obserwowanej na początku 2011 r. – była możliwa dzięki temu, że przyrost wyniku na działalności bankowej (o 1.1 mld) był większy niż przyrost kosztów operacyjnych (+0.6 mld). Równocześnie, w zasadzie bez zmian pozostały koszty ryzyka – wielość odpisów związanych z utratą wartości przez portfele kredytowe i inne aktywa w posiadaniu banków. To ostatnie oznacza, że pogarszająca się sytuacja w otoczeniu makroekonomicznym banków nie przełożyła się na razie na ich wyniki finansowe. Wracając na chwilę do strony dochodowej, głównym motorem poprawy był wynik odsetkowy – czyli różnica w dochodach jakie banki uzyskują w postaci odsetek od posiadanych aktywów w stosunku do kosztów jakie płacą za powierzone im środki (głównie depozyty). To jeszcze pochodna zacieśniania polityki kredytowej w ub.r., a ostatnia decyzja RPP o podwyżce stóp może ten efekt potrzymać także w kolejnych miesiącach.
 

Wyższym zyskom towarzyszył wzrost rentowności. Zwrot z kapitałów (mierzony na bazie ostatnich 12 miesięcy) wzrósł w Q1’12 do 16.6% z 14.2% przed rokiem. Wskaźnik zwrotu z aktywów wzrósł do 1.3% z 1.1% w Q1’11. Wzrósł także współczynnik adekwatności kapitałowej (13.8% na koniec marca wobec 13.2% na koniec ub.r.), co oznacza, że poprawa rentowności odbywa się przy dalszym dokapitalizowywaniu banków.
 

Aktywa sektora bankowego były na koniec Q1’12 o 8.8% wyższe niż rok wcześniej. Tempo wzrostu wyhamowało nieco w stosunku do sytuacji na koniec 2011 r. (wówczas wzrost wynosił 11.7%), ale jest to głównie konsekwencja umocnienia się złotego - w efekcie zmniejszyła się złotowa wartość kredytów denominowanych w walutach zagranicznych. Spojrzenie na dynamiki pokazuje, że motorem napędowym akcji kredytowej są dziś pożyczki dla firm (w ujęciu nominalnym wzrost na koniec Q1’12 wynosił ponad 18%, po oczyszczeniu z efektów kursowych ok. 14%). Widoczne jest natomiast wyraźne spowolnienie w kredytach dla gospodarstw domowych ( 9.7%r/r w marcu, po oczyszczeniu o efekty kursowe poniżej 7%r/r), gdzie do stagnacji w kredytach konsumpcyjnych (która trwa już od dłuższego czasu) doszło wyraźne spowolnienie w kredytach mieszkaniowych. Powodów takiej sytuacji jest kilka, w tym tendencja spadkowa cen na rynku nieruchomości (co skłania do odkładania decyzji zakupowych),a także mniejsza siła nabywcza gospodarstw związana z nowymi rekomendacjami nadzoru oraz zmianami i programie „Rodzina na swoim”.
 

Reasumując, Q1’2012 to prawdopodobnie ostatni kwartał tak wyraźnej poprawy wyników finansowych banków. W kolejnych kwartałach należy liczyć się z przyrostem kosztów ryzyka, co „zjadać” będzie wyższy zysk na działalności bankowej. W skali całego roku jest wciąż szansa, że wyniki sektora nie będą gorsze niż w 2011, ale czynników ryzyka dla takiego scenariusza pozostaje sporo.
 

Komentarze (1)
Strefa euro dalej, dylematy integracji bliżej
 Oceń wpis
   

Od jakiegoś czasu kwestia przystąpienia Polski do strefy euro przestała ekscytować polityków i ekonomistów, a w marcu br.r. prezes NBP, M. Belka, stwierdził nawet wprost, że „Polska nie powinna wchodzić do strefy euro przez ładnych parę lat”. Mogłoby to sugerować, że możemy zdjąć z agendy wszelkiego rodzaju dylematy związane z pogłębianiem integracji. Tymczasem już wkrótce może okazać się, że nic bardziej błędnego. Jeśli strefa euro podejmie próbę przetrwania w obecnym kształcie, to będzie musiała znacząco pogłębić integrację. Dla krajów Unii pozostających poza strefą będzie to oznaczać konieczność dokonywania trudnych wyborów. Ale po kolei.
Gdyby spróbować oderwać się od powszechnie komentowanych kwestii dotyczących problemów finansowych niektórych krajów strefy euro i spróbować skoncentrować się na wymiarze strukturalnym kryzysu, to wówczas kluczową kwestią okazuje się to, że coraz szersze rzesze (inwestorzy, obywatele itd.) nie postrzegają już strefy jako jednego organizmu gospodarczego, tylko na powrót jako zlepek kilkunastu wchodzących w skład strefy gospodarek. Wymiernym efektem takiej sytuacji jest wyraźne różnicowanie ryzyka poszczególnych krajów strefy - ich rządów, firm czy systemów finansowych. Co więcej, obawy o ewentualny rozpad strefy powodują pojawienie się w tle decyzji inwestycyjnych ryzyka kursowego, którego – przynajmniej w teorii – na obszarze jednolitego obszaru walutowego obserwować się nie powinno. Sytuacja taka prowadzi w krajach północy do zjawiska zwanego jako „home bias” - sytuacji gdy inwestorzy wolą lokować środki we własnym kraju, wierząc że tym samym minimalizują ryzyko inwestycji. Z kolei w krajach południa widać narastający deficyt kapitału oraz potęgujący się niepokój obywateli o ich majątek i oszczędności.


W efekcie tych procesów dochodzi do zaburzenia mechanizmów funkcjonowania obszaru jednolitej waluty. Sytuacja ta jest na dłuższą metę nie do utrzymania, gdyż z jednej strony powoduje, że bilans kosztów i korzyści z funkcjonowania strefy euro zmienia się na niekorzyść dla coraz większej liczby uczestniczących w niej krajów, z drugiej zaś zwiększa ryzyko niekontrolowanego rozpadu strefy. W tej sytuacji, jeśli strefa euro będzie się starała przetrwać w obecnym kształcie zostanie zmuszona do stworzenia mechanizmów obronnych przed negatywnymi konsekwencjami różnicowania poszczególnych gospodarek. Mechanizmy te w praktyce oznaczają nic innego jak parcie w kierunku pogłębiania integracji, czyli przeniesienia odpowiedzialności (w tym głównie finansowej) za dodatkowe obszary z poziomu krajowego na poziom strefy. Tej pogłębionej integracji należy oczekiwać przede wszystkim w sferze fiskalnej oraz systemu finansowego. W zakresie tej pierwszej podjęte zostały już pierwsze kroki. Przyjęty nie tak dawno (choć jeszcze nieratyfikowany) pakt fiskalny ma na celu zacieśnienie koordynacji i nadzoru nad polityką fiskalną poszczególnych krajów. Należy oczekiwać, że kolejnym krokiem będzie wzięcie odpowiedzialności za sytuację finansową poszczególnych rządów strefy przez nią samą. Stanie się tak np. jeśli dojdzie do realizacji koncepcji emisji obligacji europejskich, papierów gwarantowanych przez strefę jako całość. Można także oczekiwać presji na ujednolicenie polityki podatkowej.
 

Drugim obszarem pogłębiania integracji będzie prawdopodobnie system finansowy. Kryzys pokazał słabości obecnego sposobu funkcjonowania tego systemu z punktu widzenia jednolitego obszaru walutowego. Do słabości tych należy zaliczyć np.: i) możliwości arbitrażu ze strony klientów różnic w systemach gwarancji bezpieczeństwa depozytów bankowych (chodzi zarówno o różnice formalne jak i te nieformalne, związane z wiarygodnością poszczególnych rządów), ii) pozostawienie odpowiedzialności za ratowanie poszczególnych instytucji finansowych na barkach pojedynczych rządów w sytuacji, gdy niektóre instytucje są tak duże, że pojedyncze rządy nie są w stanie ich uratować, iii) wypaczanie konkurencji na rynku usług finansowych w związku z tym, że ważniejsze staje się to z jakiego kraju dany bank pochodzi, a nie to jaka jest jego rzeczywista sytuacja. Jako odpowiedź na te problemy coraz częściej przedstawia się koncepcję unii bankowej obejmującej m.in.: i) wspólny mechanizm gwarancji depozytów, ii) jednego nadzorcę dla wszystkich instytucji finansowych wywodzących się ze strefy euro oraz iii) jeden system zarządzania niewypłacalnymi instytucjami finansowymi strefy.
 

W kontekście tej pogłębiającej się integracji strefy euro kraje takie jak Polska staną wkrótce przed olbrzymim dylematem; czy próbować nadążyć za strefą euro i dobrowolnie włączać się w przebiegające tam procesy integracji, czy też pozostać z boku. W tym drugim scenariuszu przyspieszenie integracji w ramach strefy euro prowadzić będzie do wyraźnego podziału UE na Unię dwóch prędkości. Poza tym pogłębiona integracja strefy - np. utworzenie wspólnego nadzoru nad instytucjami finansowymi - może prowadzić do ograniczenia możliwości kontroli/nadzoru nad działającymi w Polsce, a pochodzącymi stamtąd instytucjami finansowymi. W tym kontekście warto pamiętać chociażby o tym, że blisko 60% aktywów sektora bankowego w Polsce należy do grup finansowych pochodzących ze strefy euro.
 

Z drugiej strony dobrowolne przystąpienie do unii fiskalnej i bankowej bez przyjmowania euro ograniczy suwerenności w zakresie polityki gospodarczej dając – z kontekście aspektów czysto ekonomicznych - niewiele w zamian. Równocześnie pogłębiając integrację ze strefą euro bierzemy na siebie część ryzyka, ewentualnej porażki tego projektu (ryzyka tego pogłębiona integracja wcale nie eliminuje). W takim przypadku zamiast – tak jak dziś – być widzami na przedstawieniu pod nazwą „Kryzys strefy euro” możemy stać się - chcąc nie chcąc - bezpośrednimi uczestnikami tego spektaklu.

Opublikowane: Parkiet 02.05.2012

Komentarze (1)
Innowacyjność – mity i realia
 Oceń wpis
   

W ostatnim czasie coraz więcej mówi się o potrzebie innowacyjności w polskiej gospodarce. Powstają specjalne raporty, na wspieranie innowacyjności przeznaczane są specjalne środki. O ile co do samej potrzeby innowacji w polskiej gospodarce sporu większego nie ma, to stosunkowo mało mówi się na temat tego na jakiego rodzaju innowacje mamy w Polsce szanse i na które powinniśmy w związku z tym stawiać. W dość powszechnym przekonaniu powinniśmy iść w kierunku tworzenia w naszym kraju innowacji technologicznych, tymczasem szanse na nie są relatywnie małe. W najbliższych latach powinniśmy postawić raczej na innego rodzaju sposoby innowacyjności, takie na które nas jako kraj finansowo i instytucjonalnie stać. Równocześnie należy pamiętać, że podstawowym warunkiem rozwoju jakiegokolwiek rodzaju innowacji jest sprawne i przyjazne biznesowi państwo.


Model rozwoju się sprawdził, czy warto więc go zmieniać?
Dyskusję o innowacyjności wypada zacząć od przypomnienia, dlaczego jest ona tak ważna. Powodów jest kilka, ale najistotniejszy związany jest z ograniczoną atrakcyjnością i możliwością utrzymania dotychczasowego modelu rozwoju. Opiera się on na przewagach kosztowych - można u nas produkować te same towary co gdzie indziej tyle że taniej. Dzieje się tak ponieważ relacja wartości dodanej w przemyśle przetwórczym do kosztów pracy przypadających na zatrudnionego należy u nas do najwyższych w UE (ok. 200% wobec średniej 132%). Dzięki temu byliśmy w stanie przyciągnąć do naszego kraju wielu globalnych wytwórców.
Strategia taka nie jest jednak pozbawiona wad. Otóż inwestycje będące pochodną konkurencyjności kosztowej są bardzo mobilne, a kraj, który konkuruje kosztami musi nieustannie dbać, aby pozostały one atrakcyjne dla inwestorów. W związku z tym jednym z istotnych elementów polityki gospodarczej jest często utrzymywanie niedowartościowania kursu krajowej waluty. W tym kontekście strategia konkurowania w oparciu o koszty jest argumentem przeciwko integracji w ramach strefy walutowej (np. strefy euro). Wyzbywając się bowiem suwerenności w zakresie kształtowania kursu kraj ogranicza możliwości reagowania na zmiany konkurencyjności zachodzące wokół niego. Że nie jest to aspekt czysto teoretyczny świadczy przykład Słowacji, która wprowadzając euro straciła wiele ze swej konkurencyjności w stosunku do innych krajów regionu, których waluty w czasie kryzysu mocno zdeprecjonowały. Szybko przełożyło się to na inwestycje zagraniczne, o ile w latach 2005-2008 stanowiły one średniorocznie 5.2% PKB, to w ostatnich trzech latach zaledwie 0.5%.
Wraz z rozwojem gospodarczym – i presją na wzrost wynagrodzeń – utrzymanie przewag kosztowych staje się coraz trudniejsze i rośnie potrzeba wypracowania przewag poza-cenowych. Jest to duże wyzwanie i jeśli proces ten nie zostanie właściwie przeprowadzony może doprowadzić do poważnych problemów. Tak stało się m.in. w Hiszpanii, która w ostatnim dziesięcioleciu straciła znaczną część swojego przemysłu.
Źródłem przewag poza-cenowych jest z reguły innowacyjność. Tymczasem, jeśli przyjrzeć się innowacyjności w polskiej gospodarce, to otrzymamy smuty obraz rzeczywistości. Potwierdzają to różnego rodzaju rankingi. Dla przykładu w ostatnim badaniu UE za 2011 znaleźliśmy się na 24 miejscu na 27 krajów Unii, rok niżej niż w 2010 r.
 

Innowacyjność technologiczna (raczej) nie dla nas
Innowacje są z reguły kojarzone z innowacjami technologicznymi, powstawaniem nowych produktów (np. leków) czy też tworzeniem znanych już dóbr, ale o unikalnych własnościach (np. wyjątkowa jakość). Polska ma i mieć będzie duży problem z tego typu innowacjami. Kluczowym i najważniejszym powodem takiej sytuacji jest struktura naszej gospodarki, w tym w szczególności przetwórstwa. Otóż 40% produkcji powstaje w firmach należących do kapitału zagranicznego. Co więcej wśród dużych firm (tych, które w znacznie większym stopniu stać na innowacyjność technologiczną) proporcje te są jeszcze mniej korzystne. Spośród 500 największych firm z listy Rzeczpospolitej, zakładów przetwórstwa przemysłowego jest 195, z czego 2/3 to firmy zagraniczne (przypada na nie 55% przychodów ze sprzedaży, a po odjęciu koncernów paliwowych aż 73%!). Firmy te są u nas głównie ze względu na niskie koszty i mają małą motywację, aby wytwarzać u nas innowacyjne produkty. Nawet jeśli jakieś innowacje powstają (np. w lokalnych centrach B&R), to wcale nie oznacza to, że ich beneficjentem jest polska gospodarka. Innowacyjne produkty trafiają z reguły do innych fabryk koncernu generując wzrost gospodarczy gdzie indziej.
Oczywiście teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby powstawały polskie innowacyjne firmy i polskie innowacje, tylko musimy mieć świadomość, że nie jest to proces ani łatwy (także tani) ani szybki. Stojąc u progu transformacji nie poszliśmy ścieżką krajów azjatyckich, które konsekwentnie stawiały na rozwój narodowych czempionów. Nie dokonując oceny tego, czy decyzja ta była słuszna czy nie stoimy dziś wobec faktu, że nie mamy zbyt wielu na tyle silnych krajowych podmiotów, które mogłyby w bliskiej perspektywie przejść do konkurencji poza-cenowej. Co więcej nie posiadamy nawet zbyt wielu naszych lokalnych marek (jak np. Skoda w Czechach), co jeszcze bardziej degraduje naszą pozycję w hierarchii globalnych koncernów i czyni wrażliwymi na ich decyzje o lokalizacji produkcji. W tej sytuacji myślenie o konkurowaniu w zakresie np. elektroniki z Koreą Pd., czy w zakresie innowacyjnych leków np. ze Szwajcarią wydaje się dziś mrzonką.
 

Innowacyjność nie jedno ma imię
Mając ograniczone szanse na szybki rozwój innowacyjności technologicznej musimy na okres przejściowy poszukiwać alternatywnych rozwiązań. Działania w tym względzie powinny obejmować: i) zwiększenie atrakcyjności naszej gospodarki w obszarach, które mają bezpośredni wpływ na łatwość prowadzenia biznesu i pośredni na koszty działania, ii) rozwój i pobudzanie innowacyjności poza-technologicznej, iii) rozwój innowacyjności technologicznej w obszarach, gdzie bariery „wejścia” są relatywnie niskie, iv) rozwój innowacyjności w edukacji.
W odniesieniu do atrakcyjności chodzi o stworzenie możliwie najlepszych warunków dla funkcjonowania biznesu, tzn. jak najmniej biurokracji, stabilność rozwiązań prawnych, szybko działające sądy, nowoczesna infrastruktura, dostęp do finansowania. Ktoś powie, co to ma wspólnego z innowacyjnością? Otóż po pierwsze powyższy zestaw to minimum, bez którego o innowacyjności w ogóle można zapomnieć. Poza tym w procesach tych potrzebna jest innowacyjność, która pozwoli je szybko i efektywnie zrealizować. Aby zmiany te były możliwe konieczna jest na wstępie zmiana mentalności władzy. Rząd musi zrozumieć, że jego miejsce nie jest na czubku piramidy hierarchii, ale na jej dole, skąd ma wspierać firmy i obywateli będących na pierwszej linii frontu globalnej konkurencji. Następnie sfera publiczna musi się unowocześnić (wykorzystywać nowoczesne technologie) oraz odchudzić (aby stanowić jak najmniejsze obciążenie dla gospodarki). Musi zostać stworzony system upowszechniania najlepszych wzorców i praktyk działania różnych szczebli administracji, który na dodatek powinien pozwolić na wyławianie lokalnych liderów tak rozumianej innowacyjności. Tym ostatnim z czasem będzie można powierzać ważne zadania w administracji centralnej.
W odniesieniu do innowacyjności poza-technologicznej chodzi o innowacyjność procesową, o innowacyjne sposoby współpracy z kooperantami, organizacji produkcji czy dotarcia do klientów. Na to nie trzeba – z reguły - wielkiego kapitału, a korzyści mogą być znaczące. Chodzi także o całą – szybko rozwijającą się - sferę usług opartych na unikalnych kompetencjach i wiedzy, które dzięki technologiom teleinformatycznym osoby je posiadające są w stanie sprzedawać dziś praktycznie na całym świecie. W tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że jeśli nie będzie spełniony pierwszy warunek (łatwość prowadzenia biznesu), to będziemy mieć do czynienia z transferem tego typu działalności do innych krajów, tam gdzie warunki funkcjonowania będą bardziej sprzyjające.
Budowanie innowacyjności technologicznej, tam gdzie bariery dla niej są relatywnie niskie może dotyczyć np. takich obszarów jak rynek oprogramowania. Równocześnie trzeba do maksimum wykorzystywać te nieliczne innowacje technologiczne, które się u nas pojawiają (chodzi głównie o zarządzanie procesem ich komercjalizacji). Powinniśmy również zadbać o to, aby zwiększyć skłonność firm zagranicznych do produkowania u nas coraz to bardziej zaawansowanych produktów. Że tak może być świadczy przykład Irlandii, gdzie wiele amerykańskich koncernów ulokowało produkcję nowoczesnych wyrobów skierowanych na rynek europejski. Aby tak się jednak stało warunkiem jest znów nowoczesne, tanie i sprawne państwo, gwarantujące łatwość prowadzenia biznesu.
Wreszcie innowacyjność w zakresie edukacji. Ma ona szczególne znaczenie w globalnej gospodarce opartej na wiedzy i umiejętnym z niej korzystaniu. Trzeba wdrożyć mechanizmy wspierające upowszechnianie najlepszych praktyk w zakresie edukacji, tam gdzie to możliwe przy wykorzystaniu mechanizmów rynkowych. Można sięgać po wzorce zagraniczne lub wypracowywać własne. W zakresie tych pierwszych dobry przykład stanowi Korea Południowa. Zajęcia szkolne najlepszych nauczycieli są tam nagrywane i dystrybuowane na DVD lub przez Internet. Dzięki temu nawet uczniowie w odległych wioskach mają dostęp do najlepszych wzorców nauczania, a z kolei najlepsi nauczyciele są w stanie zarabiać na poziomie prezesów firm.
Jeśli uda się zrealizować powyższe cele, to Polska ma szansę na ewolucyjną transformację od gospodarki opartej na kosztach pracy, do będącej w stanie z sukcesem konkurować w sposób poza-cenowy. Nagroda jest niebagatelna - chodzi o to, aby przyszłemu pokoleniu (-om) oprócz długów pozostawić także w spadku coś, co zwiększy ich szanse, aby te długi spłacić.

Opublikowane (po zmianach redakcyjnych): Rzeczpospolita 16.04.2012

Komentarze (2)
Europejska unia bankowa – polskie dylematy
 Oceń wpis
   

Przeżywająca pierwszy poważny kryzys strefa euro stara się w pośpiechu wyciągać wnioski i ulepszyć zasady funkcjonowania europejskiego obszaru jednolitej waluty. W coraz powszechniejszym przekonaniu jedynym sposobem uratowania strefy jest pogłębienie integracji; objęcie nią obszarów, które do tej pory pozostawały w gestii poszczególnych rządów. Nagłaśniana i powszechnie komentowana jest w tym kontekście tocząca się dyskusja o unii fiskalnej. Tymczasem warto zauważyć, że w jej tle przebiega – szczególnie na poziomie akademickim i wśród tzw. think-tanków - także inna debata, debata o tzw. unii bankowej. Chociaż u nas, w Polsce znacznie więcej uwagi przywiązuje się do zagadnień fiskalnych, to dużo bardziej istotna może się dla nas okazać właśnie europejska unia bankowa. Już wkrótce może nas ona postawić przed bardzo trudnymi wyborami.

W kontekście ujawnionych przez kryzys słabości europejskiego systemu finansowego, jako remedium przedstawiania jest coraz częściej koncepcja europejskiej unii bankowej. Czy miałaby być owa unia? Nie jest to jeszcze do końca sprecyzowane, ale dyskusja zmierza w kierunku przeniesienia gwarancji/odpowiedzialności za stabilność systemu finansowego - lub przynajmniej największych, tzw. systemowo istotnych instytucji finansowych - na poziom strefy. W praktyce oznaczałoby to prawdopodobnie: i) nadanie Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Bankowego wyłącznych prerogatyw nadzorczych (te pozostają dziś głównie na poziomie poszczególnych krajów), ii) stworzenie europejskiej instytucji odpowiedzialnej za postępowanie wobec banków zagrożonych niewypłacalnością (jedną z kluczowych kwestii w tym względzie musiałoby być określenie źródeł środków jakimi ma ona dysponować), iii) stworzenie jednego - dla wszystkich banków strefy euro - systemu gwarancji depozytów bankowych (powiązanego np. z instrumentami finansowymi strefy takimi jak EFSF), iv) uporządkowanie roli EBC jako pożyczkodawcy ostatniej instancji dla banków (kwestie zabezpieczeń, podmiotów z dostępem do finansowania EBC, itd.).

Przy deficycie innych pomysłów na rozwiązanie problemów instytucji finansowych „za dużych by upaść” (a czasami nawet „za dużych by je uratować”) należy oczekiwać, że unia bankowa w takim czy innym kształcie zostanie utworzona. Tym bardziej, że jej koncepcja może spotkać się z przychylnym nastawieniem polityków. Unia stanowić może dla nich okazję do „oswojenia” europejskich instytucji finansowych i wykorzystania ich do własnych celów. Jakich? - stworzenia efektywnego mechanizmu transferu oszczędności gospodarstw domowych i firm do sektora publicznego. Nie ma się co bowiem łudzić; przez kolejne lata jego potrzeby pożyczkowe (chociażby ze względu na słaby wzrost i na narastanie problemu starzenia się społeczeństw) pozostaną olbrzymie. Jako stan docelowy możemy więc mieć ograniczone w swej działalności regulacyjnie (wymogi kapitałowe, płynnościowe, restrykcje produktowe itd.) europejskie banki, które pokornie kupować będą europejskie obligacje i finansować w ten sposób europejskie rządy. W tym względzie Europa upodobni się do Japonii, gdzie pokiereszowane przez kryzys z początku lat 90-tych instytucje finansowe przyjęły - za cenę przetrwania - taki właśnie model funkcjonowania. Dzięki temu dług japońskiego rządu mógł wzrosnąć do niebotycznych rozmiarów - 230% PKB (dla porównania szacowany przez Komisję Europejską dług publiczny strefy euro stanowił na koniec 2011 r. 88% PKB).
 

Choć unia bankowa jest dopiero w fazie koncepcji, już dziś należy się poważnie zastanawiać, jak jej utworzenie może wpłynąć na nasz kraj. Nie będąc członkiem strefy euro nie zostaniemy prawdopodobnie „z urzędu” objęci unią bankową. Nie wykluczone natomiast, że pojawi się możliwość dobrowolnego przystąpienia do niej. Abstrahując od tego jaka w tym względzie podjęta zostanie decyzja, już samo utworzenie unii będzie mieć daleko posunięte implikacje dla Polski. 65% aktywów polskiego sektora bankowego jest kontrolowane przez kapitał zagraniczny, z czego znaczna większość przypada na grupy bankowe wywodzące się ze strefy euro. Jeśli podlegać będą one jurysdykcji europejskiego nadzoru, to tenże będzie z pewnością koncentrował swoją uwagę na grupie finansowej jako całości, gubiąc przy tym wątek lokalny. Warto zwrócić uwagę, że w koncepcję unii bankowej dobrze wpisuje się projekt dyrektywy CRD IV, idący w kierunku centralizowania płynności i kapitałów na poziomie grup bankowych. W tej sytuacji staniemy przed olbrzymim wyzwaniem zapewnienia możliwości oddziaływania naszego lokalnego nadzoru na działalność obecnych w Polsce banków. Jest to o tyle istotne, że jedną z istotnych wartości i źródeł stabilności naszego systemu bankowego (co podkreślają np. agencje ratingowe) jest dziś silny i niezależny lokalny nadzór. Za ochroną suwerenności w kwestii regulacji i nadzoru (także w kontekście tego aby miał on w praktyce kogo nadzorować) przemawia fakt istnienia znaczących różnic pomiędzy sytuacją sektora finansowego w Polsce i Europie Zachodniej, by wspomnieć tu jedynie znacznie mniejsze jego rozmiary (w relacji do rozmiarów gospodarki), tradycyjny model biznesowy i znacznie inna naturę wyzwań.
 

Fragmenty szerszego artykułu opublikowanego w "Horyzontach bankowości", dodatku do kwietniowego miesięcznika "Bank"

Komentarze (2)
Chińskie banki wchodzą do Polski
 Oceń wpis
   

W ostatnich tygodniach dwie instytucje finansowe z Luksemburga, będące spółkami zależnymi chińskich banków (ICBC i Bank of China), notyfikowały w UKNF chęć otwarcia oddziałów w Polsce. W praktyce oznacza to wejście na polski rynek chińskich instytucji finansowych. W tym kontekście warto postawić pytanie o to, co chińskie banki mogą robić w Polsce oraz co oznacza obecność Chińczyków dla polskiego sektora bankowego?


Perspektywa chińska
W globalnej ekspansji banków dominują z reguły dwa podstawowe motywy. Po pierwsze powodem ekspansji może być chęć „podboju” nowych, atrakcyjnych rynków, które mogą przyczynić się do wzrostu wolumenów i zysków. Po drugie banki mogą chcieć podążać za swoimi klientami korporacyjnymi, ułatwiając tym samym globalną ekspansje tych ostatnich. Jeśli wziąć pod uwagę skalę działania chińskich banków (aktywa sektora bankowego w Chinach są mniej więcej 50-krotnie większe od aktywów polskiego sektora bankowego, same aktywa ISBC są 6-krotnie większe niż aktywa wszystkich działających w Polsce banków, podobne proporcje występują jeśli chodzi o zyski), to z ich punktu widzenia rynek polski jest raczej mało atrakcyjny. Dużo bardziej przemawia argument, że chińskie banki mogą być zainteresowane wspieraniem chińskich firm w ich działalności w Polsce. Tym bardziej, że gospodarka chińska przeszła z fazy ekspansji handlowej do fazy ekspansji kapitałowej. Mamy już przykłady wejścia chińskich firm na nasz rynek zamówień publicznych (słynna sprawa firmy COVEC, która miała wybudować część autostrady A2) oraz udziału w prywatyzacji polskich firm (cywilna część Huty Stalowa Wola). Taka ekspansja przebiega dużo łatwiej, jeśli dokonywana jest „w asyście” dobrze znanej instytucji finansowej.
W przypadku ekspansji chińskich banków można jednakże doszukiwać się także innych motywów obecności w Polsce (a szerzej w Europie). Zgodnie z oficjalnymi deklaracjami Chiny dążą do uczynienia z juana waluty międzynarodowej. Aby tak się jednak stało konieczne jest większe uwolnienie przepływów kapitałowych oraz zliberalizowanie dostępu do chińskiego rynku, także rynku usług bankowych. Zanim się to jednak stanie chińskie instytucje finansowe chcą lepiej poznać zasady zachodniej bankowości, a najlepszym sposobem nauki jest „learning by doing”. Dziś działalność banków w Chinach wygląda inaczej od tej, którą znamy. Po pierwsze chiński sektor bankowy jest zdominowany przez banki kontrolowane przez państwo, a na banki kontrolowane przez kapitał zagraniczny przypada zaledwie 2% aktywów (dla porównania w Polsce 65%). Państwowe banki finansują głównie państwowe firmy (70% kredytów ma tego typu charakter). Po drugie, w związku ze skrajnie wysoką stopą oszczędzania gospodarstw domowych (ok. 50% dochodów odkładanych jest na przyszłość, w Europie jest to od kilku do kilkunastu procent) chińskie banki nie mają problemu z finansowaniem swojej działalności, w związku z tym struktura ich pasywów jest zupełnie inna niż w Europie czy USA. Po trzecie istniejące w Chinach regulacje w pewien sposób gwarantują określony poziom marży odsetkowej, co z kolei gwarantuje zyski banków.
 

Perspektywa polska
A co z punktu widzenia polskiego rynku może oznaczać wejście instytucji z Chin? Otóż biorąc pod uwagę motywy obecności w Polsce nie wydaje się, aby strategia przyjęta przez oddziały chińskich banków była podobna np. do strategii jaką swego czasu obrały niektóre oddziały banków zachodnioeuropejskich – tj. agresywnego pozyskiwania – w oparciu o dostęp do tańszego (wówczas) finansowania - rynku, głównie w segmencie detalicznym. Chińskie banki będą raczej koncentrować swoją działalność na segmencie korporacyjnym, transakcjach związanych z handlem zagranicznym, być może finansowaniem działalności chińskich firm w Polsce itp.
Oddzielny wątek stanowi kwestia ewentualnego udziału chińskiego kapitału w zmianach właścicielskich w polskim sektorze bankowym. Problemy niektórych właścicieli polskich banków skłaniają do rozważań, czy nie warto dopuścić kapitału chińskiego (ale także np. rosyjskiego) do przejmowania banków, których właściciele chętnie opuściliby nasz kraj. W tym kontekście istotne są trzy kwestie. Po pierwsze chińczycy wcale nie muszą (ze względu na motywy obecności w Polsce) być zainteresowani kupowaniem istniejącego już banku. Po drugie bez względu na intencje Chińczyków powinniśmy w kwestii przejmowania banków konsekwentnie dążyć do wypracowania na poziomie całej Unii Europejskiej jednolitych zasad dopuszczania kapitału spoza Unii (szerzej spoza OECD). Zasady te powinny być oparte na wzajemności – tzn. zapewnieniu takich samych praw dostępu do rynku chińskiego dla kapitału z UE (na dzień dzisiejszy, z małymi wyjątkami, udział kapitału zagranicznego w chińskich bankach jest ograniczony do 20% i obwarowany wieloma innymi obostrzeniami), oraz na wyeliminowaniu (albo przynajmniej znacznym zredukowaniu) możliwości politycznego oddziaływania na poszczególne kraje lub całą UE rządów krajów pochodzenia kapitału za pomocą kontrolowanych przez nie instytucji (że nie jest to problem czysto teoretyczny pokazuje działalność firm sektora energetycznego zza naszej wschodniej granicy na rynku europejskim).
Decydując się (lub nie) na dopuszczenie na szerszą skalę chińskiego kapitału powinniśmy brać pod uwagę także inne aspekty, także te związane z potencjalnymi zagrożeniami. Dziś synonimem problemów w bankowości jest Europa Zachodnia i USA, ale jeśli przyjrzeć się sytuacji chińskiego sektora bankowego, to następny kryzys bankowy może pojawić się właśnie tam. Aktywa sektora bankowego do PKB kształtują się w Chinach na poziomie ok.250%. Jest to poziom charakterystyczny dla krajów o dużo wyższym poziomie rozwoju. Dla porównania w Polsce (której PKB per capita jest 2.5 razy wyższy niż w Chinach) aktywa do PKB to ok.90%. Tak wysoki poziom ubankowienia świadczy o znacznym uzależnieniu gospodarki (szczególnie wielkich państwowych firm) od kredytu. Obecna stopa inwestycji w Chinach (pochodna olbrzymiej ekspansji kredytowej w sektorze firm) kształtuje się na poziomie 40-50%, podczas gdy średnia dla krajów wschodzących to nieco ponad 25%. Skala ekspansji inwestycyjnej wskazuje na elementy klasycznego przegrzania gospodarki, które z reguły kończy się tym, że wiele finansowanych projektów nie jest w stanie się spłacić, prowadząc w konsekwencji do poważnych problemów sektora bankowego.
 

Reasumując, wejście chińskich banków na polski rynek bankowy nie będzie raczej oznaczać początku rewolucji. Należy oczekiwać, że banki te lokować się będą w rynkowych niszach (które jednak – biorąc pod uwagę globalną ekspansję Chin - będą się stopniowo rozrastać), związanych z obsługą relacji handlowych i finansowych pomiędzy Polską a Chinami (docelowo być może także z całą Azją Południowo-Wschodnią). W szerszym kontekście wzmożona aktywność chińskich firm powinna przyspieszyć proces tworzenia w ramach Unii wspólnej polityki wobec chińskiego kapitału. Kryzys działa tu na niekorzyść UE, gdyż przeżywające problemy kraje południa Europy są skłonne do większych ustępstw i prowadzenia własnej polityki, mającej na celu zachęcenie chińskiego kapitał do finansowania ich deficytów budżetowych.
 

Komentarze (3)
Jak długo może działać efekt LTRO?
 Oceń wpis
   

Druga operacja zasilająca EBC, w ramach której europejskie banki otrzymały zastrzyk ponad 500 mld euro zapewniła podtrzymanie dobrego sentymentu na rynkach finansowych. Zgodnie z intencjami największa część środków została zaabsorbowana przez systemy bankowe krajów południa Europy, a banki część z nich wykorzystały do zakupu obligacji swoich rządów, ułatwiając tym samym pokrycie bieżących potrzeb pożyczkowych. Niektórzy zaczęli nawet wieszczyć koniec kryzysu strefy euro. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej skomplikowana, a wlanie kilkuset miliardów euro do systemu bankowego nie koniecznie musi stanowić rozwiązanie istniejących problemów, w praktyce może się jedynie okazać proszkiem uśmierzającym ból zęba, a nie środkiem będącym w stanie go wyleczyć.


Kluczowe pytanie na dziś w kontekście strefy euro, to czy problemy sektora publicznego krajów południa Europy (Hiszpania, Portugalia, Włochy) mają charakter płynnościowy, czy też związane są z ich strukturalną niewypłacalnością. Jeśli bowiem chodzi jedynie o kwestię płynność, to działanie EBC może okazać się relatywnie skuteczne. Wiele wskazuje jednak na to, że w przypadku niektórych krajów (Portugali, być może także Hiszpanii) możemy mieć do czynienia ze strukturalną niewypłacalnością. Wówczas sposoby oddziałujące na problemy z płynnością okażą się (tak jak miało to miejsce w przypadku Grecji) mieć oddziaływanie krótkotrwałe i zdecydowanie niewystarczające.
 

Ze strukturalną niewypłacalnością chodzi w uproszczeniu o to, czy dany kraj jest w stanie powstrzymać - na rozsądnym poziomie (który to poziom jest dla każdego kraju indywidualny) - narastanie długu w relacji do PKB. W tym kontekście kluczowe są trzy zmienne: wysokość deficytu sektora publicznego w najbliższych latach, poziom oprocentowania długu i tempo wzrostu gospodarczego. O ile w przypadku Włoch (ze względu na niski wyjściowy poziom deficytu) jest duża szansa, że nawet przy słabym wzroście gospodarczym możliwe będzie ustabilizowanie długu do PKB, to w przypadku Portugali i Hiszpanii sytuacja wygląda mniej korzystnie. Otóż Hiszpania już otwarcie deklaruje, że nie będzie w stanie osiągnąć zakładanej wcześniej skali konsolidacji fiskalnej (niedawno premier zapowiedział, że celem rządu jest zamknięcie 2012 roku deficytem finansów publicznych w wysokości 5,8% PKB, a nie planowanych wcześniej 4.4%). Tymczasem przy obecnej dynamice wzrostu i poziomie oprocentowania stabilizacja długu do PKB wymaga ograniczenia deficytu do poziomu 0.5-1.0%PKB. W tej sytuacji jest jasne, że dług będzie nadal szybko przyrastał. Również w przypadku Portugali ograniczanie deficytu przychodzi z wielkim trudem, a poziom długu do PKB przekroczył już 100%. W br. oczekiwany jest spadek PKB nawet rzędu 3%, co może znacznie utrudnić osiągnięcie celu, jakim jest ograniczenie deficytu sektora publicznego do 4.5% PKB.
 

W tej sytuacji należy liczyć się z tym, że z czasem rynek może zacząć nabierać coraz większego przekonania, że problemy Portugalii i Hiszpanii mają jednak naturę strukturalnej niewypłacalności, a nie tylko braku płynności. Przekonanie to będzie wzrastać im głębsza okaże się spodziewana w tym roku w strefie euro recesja. Już samo pogorszenie wskaźników wyprzedzających (PMI) spowodowało, że na rynkach powiało chłodem, a rentowności hiszpańskich i portugalskich obligacji mocno wzrosły. W tym scenariuszu znów przerabialibyśmy spiralę negatywnych sprzężeń zwrotnych: negatywnego oddziaływania problemów sektora publicznego na sytuację banków (których rosnące zaangażowanie w papiery dłużne rządów rynki niedawno świętowały) i na gospodarkę. W obliczu ryzyka niewypłacalności nawet zasilane kolejnymi LTRO banki nie będą więcej skłonne do nabywania kolejnych emisji obligacji i niezbędna będzie redukcja długów. Pytanie czy instytucje strefy euro wyciągnęły wnioski z podobnego procesu przeprowadzanego w Grecji i czy uda się efektywnie zrestrukturyzować dług w jednym podejściu, oszczędzając tym samym rynkom falowania wraz z kolejnymi fazami restrukturyzacji.
 

Opublikowane: Parkiet, 02.04.2012

Komentarze (1)
Dobre wyiki firm w 2011 r.
 Oceń wpis
   

Opublikowane ostatnio wyniki przedsiębiorstw niefinansowych (firmy zatrudniające 50 i więcej osób) za 2011 wskazują na kontynuację pozytywnych trendów wzrostowych widocznych już w 2010 r. Wynik finansowy netto po raz pierwszy w historii przekroczył 100 miliardów złotych (wyniósł 104 mld) i był o 16.2% wyższy od tego przed rokiem. Za wzrostem zysku stała poprawa wyniku na sprzedaży (+13,8%r/r) i wyniku finansowego (+293.1%r/r) .
 

Dobry wynik osiągnięty na sprzedaży, to rezultat przyspieszenia tempa wzrostu przychodów (12.6%r/r, wobec zaledwie 5.8%r/r w 2010) przy nieco wolniejszym wzroście kosztów (12.5%r/r wobec 5.6% w 2010). Wysoka dynamika sprzedaży to w dużej mierze zasługa popytu zewnętrznego. W ujęciu rocznym sprzedaż na eksport wzrosła aż o 18.6%, przy wzroście pozostałej sprzedaży o ok. 11%.
 

Przy dochodach ze sprzedaży rosnących nieco szybciej niż koszty poprawie (choć nieznacznej) uległa rentowność na sprzedaży. Wzrosła ona do 5.4% z 5.3% odnotowanych w 2010 r. Zyskownych okazało się 78% przedsiębiorstw wobec 78.4% rok wcześniej. W tym względzie wyraźną poprawę uzyskano wśród przedsiębiorstw przemysłowych, gdzie odsetek firm rentownych wzrósł do 79,7% z 77,1% w 2010.
 

Do mniej optymistycznych informacji należy zaliczyć te odnoszące się do wskaźników płynności. W stosunku do 2010 r. uległy one pogorszeniu, co potwierdzałoby dochodzące coraz częściej informacje o powstających zatorach płatniczych.
 

W ujęciu bardziej dynamicznym, a więc patrząc jedynie na wyniki uzyskane w samym Q4’2011 odnotowano:
• Wyraźne przyspieszenie tempa wzrostu sprzedaży (14.1%r/r wobec 11.8%r/r w Q3), co można wiązać z osłabieniem złotego i w związku z tym wyższą złotową wartością dochodów z eksportu;
• Jeszcze większe przyspieszenie odnotowano po stronie kosztów (odpowiednio 14.4%r/r wobec 11.8%r/r w Q3), w efekcie rentowność sprzedaży spadła do 4.7% z 5.6% w Q3
• Znaczną poprawę wyniku finansowego (dodatni wynik na poziomie 2.7mld PLN wobec straty 6.5 mld w Q3); wahania tej pozycji są głównie związane z zachowaniem się kursu złotego i jego wpływu na wycenę zobowiązań denominowanych w walucie obcej
• Poprawa wyniku finansowego przełożyła się na poprawę wskaźnika rentowności netto działalności do 4.1% z 3.7% w Q3.
 

Resumując, dobre wyniki 2011 r. odzwierciedlają widoczną w ub.r. poprawę ogólnej koniunktury gospodarczej (wzrost PKB na poziomie 4.3% wobec 3.8% rok wcześniej). Równocześnie warto pamiętać o czynnikach jednorazowych takich jak znaczący zysk uzyskany przez niektóre firmy ze sprzedaży aktywów (chodzi głównie o sprzedaż udziałów w Polkomtelu). Patrząc na 2012 r. należy liczyć się z mniej korzystnym otoczeniem makroekonomicznym. W tej sytuacji jakikolwiek wzrost zysku byłby sukcesem, przy czym biorąc pod uwagę wysoką, od początku roku, zmienność kursu złotego namieszać znów może wynik na operacjach finansowych. Stabilizacja zysków przyczyniłaby się do stabilizacji sytuacji na rynku pracy, a budżetowi państwa zapewniła stabilne dochody. Z punktu widzenia gospodarki istotne jest też to, co firmy zrobią z wypracowanymi w ub.r. zyskami. Jeśli przyjmą, że spowolnienie ma charakter przejściowy powinny być nadal skłonne do inwestowania (wyraźne ożywienie w tym względzie widoczne było w drugiej połowie 2011). Jeśli z kolei uwierzą, że obecne spowolnienie to jedynie etap przejściowy do jeszcze gorszej sytuacji makroekonomicznej w 2013 r., to prawdopodobnie duża część zysków trafi do inwestorów (w formie dywidendy) lub pójdzie na skup akcji własnych.
 

Komentarze (2)
Euro - kosztowny gadżet
 Oceń wpis
   

Wspólna waluta miała być kolejnym, zakończonym sukcesem, etapem procesu integracji oraz orężem Europy w globalizującym się świecie. Tymczasem dziś jest głównie źródłem poważnych problemów. W ich obliczu kraje strefy postanowiły wybrać drogę „ucieczki do przodu” wydając setki miliardów euro na utrzymanie projektu wspólnej waluty w jego wyjściowym kształcie. Każdy inny scenariusz – a w szczególności zmiany w składzie strefy euro - przedstawiany jest dziś jako nieuchronny koniec procesu europejskiej integracji, a czasami nawet jako koniec Europy. Tymczasem nie jest prawdą, że alternatywy nie istnieją. Co więcej w coraz większym stopniu przemawiają za nimi względy ekonomiczne. Warto je wziąć pod uwagę, w przeciwnym razie euro zostanie sprowadzone do roli kosztownego gadżetu.


Euro = dobrobyt
Odnosząc się do przesłanek ekonomicznych należy zacząć od argumentów jakie legły u podstaw stworzenia w Europie strefy euro. Odwołują się one do teorii mówiących, że wprowadzenie jednej waluty poprawia ogólny poziom dobrobytu, gdyż wspólna waluta: i) umożliwia bardziej efektywne wykorzystanie kapitału, ii) eliminuje koszty transakcyjne związane z wymianą walut, iii) wzmacnia procesy wymiany handlowej opartej na przewagach komparatywnych (wynikających z różnego wyposażenia poszczególnych krajów w zasoby takie jak kapitał, surowce czy praca), i wreszcie iv) poprzez wiarygodność EBC - zapożyczoną z Bundesbanku - staje się gwarantem permanentnie niższych stóp procentowych, zapewniając tym samym wyższy wzrost.
Przez kilkanaście lat funkcjonowania strefy mieliśmy faktycznie do czynienia z powyższymi procesami. Zgodnie z oczekiwaniami kapitał przepływał z bardziej (Północ) do mniej rozwiniętych, peryferyjnych krajów strefy euro (Południe). W efekcie koszt kapitału w przypadku tych drugich znacząco spadł. Równocześnie euro stymulowało silne procesy specjalizacji; bardziej zdyscyplinowana i kontrolująca koszty oraz innowacyjna Północ przejęła funkcje produkcyjne, podczas gdy Południe stało się obszarem koncentracji na usługach. Doszło do rozwoju wymiany handlowej. Co więcej oba procesy - przepływów kapitałowych i handlowych - wzajemnie się wspierały. Pozbawione w coraz większym stopniu przemysłu Południe było coraz bardziej skazane na import towarów z Północy. Równocześnie, by finansować rosnący deficyt rachunku obrotów bieżących, musiało przyciągać coraz więcej zagranicznego kapitału.
 

Niedoróbki i efekty uboczne
W przeciwieństwie do teorii rzeczywistość okazała się jednak dużo bardziej skomplikowana. Po pierwsze brak efektywnej kontroli (zarówno na poziomie mikro jak i makro) spowodował, że napływający na Południe kapitał finansował nie tylko produktywne inwestycje, ale też nadmierną konsumpcję i spekulacyjne wzrosty cen na rynku nieruchomości. Po drugie zignorowano fakt, że jeśli napływ kapitału do danego kraju przybiera formę zagranicznych pożyczek, to prędzej czy później kraj ten musi się znaleźć w sytuacji niewypłacalności. Po trzecie zapomniano, że choć jednolity obszar walutowy stymuluje poprawę dobrobytu jako całości, to sam z siebie nie zapewnia, że ta poprawa następuje równomiernie we wszystkich krajach. Wręcz przeciwnie – ogólnemu wzrostowi poziomu bogactwa może towarzyszyć szybki jej wzrost w jednych regionach przy równoczesnym spadku w innych. Taka sytuacja występuje szczególnie silnie, jeśli do jednolitego obszaru wchodzą istotnie różniące się gospodarki. Z tych też względów niezbędny jest mechanizm dokonujący wtórnej redystrybucji tych korzyści. Taki mechanizm stanowi wspólny budżet (federalizm), na który kraje strefy się jednak nie zdecydowały.
Wydawać by się mogło, że wnioski, jakie powinny wyciągnąć kraje strefy euro z obecnego kryzysu powinny zmierzać do: i) wyeliminowania ułomności w procesach przepływu i wykorzystania kapitału, ii) wyeliminowania zakłóceń (różnice w systemach podatkowych, pozapłacowych kosztach pracy itd.) prowadzących do nieuzasadnionej, nadmiernej specjalizacji i wreszcie iii) stworzenia mechanizmu redystrybucji korzyści wynikających z istnienia strefy.
 

Bezużyteczne euro
Tymczasem ścieżka jaką obrano jest inna. Brak jest zgody na federalizm, a instrumenty w rodzaju EFSF i ESM mają charakter wybitne anty-kryzysowy a nie systemowy. Największy paradoks obecnej sytuacji polega jednak na tym, że w ramach aplikowanych rozwiązań uwagę koncentruje się na działaniach, które mają odwrócić naturalne procesy związane z powstaniem obszaru jednolitej waluty. Do tego zmierza bowiem presja na kraje Południa, aby uniezależniły się od zagranicznego finansowania. Taka sytuacja musi siłą rzeczy prowadzić do wzrostu różnicy stóp procentowych w krajach Północy i Południa (oszczędności przestają być rozdzielane równomiernie, a tam gdzie ich brakuje stopy idą w górę). Równocześnie, aby przywrócić równowagę zewnętrzną, kraje Południa muszą z jednej strony gwałtownie ograniczyć własny popyt, z drugiej zaś stopniowo odbudować swoją bazę produkcyjną. Skutkuje to ograniczeniem wymiany handlowej w ramach strefy.
Również korzyść wynikająca z permanentnie niższych stóp może wkrótce okazać się iluzoryczna. Prowadząc ekstremalnie ekspansywną politykę Europejski Bank Centralny podejmuje ryzykowną grę, w której stawką jest długoterminowa wiarygodność antyinflacyjna.
Z wymienionej na początku listy korzyści związanych z utworzeniem strefy euro bezsporna pozostaje dziś już tylko eliminacja kosztów transakcyjnych. Tymczasem koszty w postaci utraty niezależnego kształtowania warunków monetarnych ciągle trzeba ponosić. W efekcie z ekonomicznego punktu widzenia dla wielu krajów strefy euro staje się bezużyteczne.
 

Euro – projekt coraz bardziej polityczny
Biorąc pod uwagę coraz mniej korzystny bilans ekonomicznych efektów związanych z funkcjonowaniem strefy euro, w jeszcze większym stopniu niż kiedyś jej trwanie w obecnym kształcie wynika z pobudek politycznych. Są one związane z obawami (przynajmniej tak się je przedstawia), że jakiekolwiek zmiany w kształcie strefy będą tak naprawdę oznaczać zanegowanie całego dotychczasowego procesu integracji europejskiej, a być może zagrożą nawet stabilności Europy. Broniąc idei integracji walutowej w przyjętym kształcie Niemcy i Francja starają się narzucić wizję, że obecna sytuacja, to nie tyle problem strefy, co jedynie kilku nieodpowiedzialnych krajów. Taka wizja jest nieuczciwa, a wynika z braku mentalnej dojrzałości do tego aby rozumieć, że strefa euro to jeden organizm gospodarczy, a nie tylko zbiór określonych gospodarek.
Z kolei w kontekście (de-)stabilizacji Europy warto zauważyć, że każdy proces integracji wspiera stabilizację, tak długo jak stymulowane przez niego zmiany są korzystne dla społeczeństw. Jeśli nie działają dobrze – tak jak ma to dziś miejsce w przypadku strefy euro - to zawsze działać będą destabilizująco. Większość wymiarów szeroko rozumianego procesu integracji europejskiej sprawdza się, dlaczego więc społeczeństwa miałyby z nich rezygnować? Nie działa jedynie przyjęta formuła funkcjonowania strefy euro. Obrana ścieżka „ucieczki do przodu” to ślepy zaułek – idzie bowiem wbrew naturalnym procesom związanym z jednolitym obszarem walutowym. W konsekwencji powoduje, że kraje członkowskie strefy znajdują się w sytuacji schizofrenicznej; muszą równocześnie podlegać nowym (związanym z obszarem jednolitej waluty) i starym (kraju z własną walutą) zasadom. Taka sytuacja nie może być źródłem trwałej równowagi.
Jeśli politycy i społeczeństwa strefy nie dojrzali do federalizmu, to jedynym rozsądnym wyjściem jest zmiana kształtu strefy. Obszar wspólnej waluty powinien zostać ograniczony do krajów Północy. W sensie gospodarczym są one dużo bardziej zbliżone do siebie, tak więc efekty stymulowane przez jednolitą walutę nie będą na tyle silne by rodzić istotną potrzebę federalizmu. To prawda, że biorąc pod uwagę liczne, powstałe przez ostatnich kilkanaście lat zależności proces zmiany kształtu strefy nie byłby łatwy. Jest on jednak możliwy pod warunkiem, że zostanie oparty na przekonaniu, że błędy popełnione zostały po obu stronach - Północy i Południa - i że w związku z tym koszty zmiany kształtu strefy powinny być podzielone.
Jeśli strefa euro na trwałe nie rozwiąże swoich problemów pozostawać będzie w stanie permanentnego kryzysu. Europa nie będzie wówczas mogła skupić się na głównym zadaniu - poprawieniu swojej konkurencyjności w globalnym świecie. Czas działa na jej niekorzyść. W szybkim tempie rozwijają się gospodarcze potęgi Azji i Ameryki Południowej, a co więcej do gry powrócą wkrótce USA. Głęboka restrukturyzacja w połączeniu z rewolucją energetyczną (tani gaz i ropa w efekcie eksploatacji złóż łupkowych) prowadzi tam do stopniowej re-industrializacji. Może się okazać, ze olbrzymim kosztem euro zostanie zachowane nie jako europejski oręż, ale kosztowny gadżet, symbol gospodarczego upadku Europy.


Opublikowane: Rzeczpospolita 21.02.2012
 

Komentarze (2)
Banki – rekordowy zysk w 2011 r.
 Oceń wpis
   

W ostatnich dniach KNF opublikował wyniki sektora bankowego za 2011 r. Zysk netto wyniósł 15.7 mld złotych, co oznacza wzrost o 37.5% w stosunku do 2010 r. Ubiegłoroczny wynik jest w ujęciu nominalnym rekordowy, pobity został dotychczasowy najlepszy wynik z lat 2007 i 2008 r. (w obu zysk wyniósł 13.6 mld).Co istotne Q4’2011 – który charakteryzowała zwiększona zmienność rynków związana z eskalacją kryzysu w strefie euro - nie przyniósł znaczącego pogorszenia wyników banków; zysk netto wyniósł 3.7 mld wobec 4.2 mld w Q3, 4.0 mld w Q2 i 3.8 mld w Q1.


Głównymi źródłami poprawy wyniku finansowego banków w 2011 r. były: i) znaczna poprawa - wzrost o 13.1% r/r - wyniku odsetkowego ii) spadek kosztów ryzyka - w całym 2011 r. koszty te wyniosły 8.7 mld złotych wobec 11.2 mld w 2010. Równocześnie dochody z pozostałej działalności pozostały na niezmienionym poziomie, a koszty operacyjne wzrosły o niespełna 5%. Wskaźnik kosztów do dochodów uległ dalszej poprawie (spadł do 51%, a więc o 1p.p. w stosunku do 2010). Wzrost kosztów operacyjnych byłby z pewnością mniejszy, gdyby nie osłabienie złotego widoczne w drugiej połowie roku. Przełożyło się ono na wyższą złotową wartość kosztów denominowanych w walutach obcych (czynsze, opłaty za usługi i serwisy informatyczne itp.).
 

Jedną z pozycji, która w ostatnich latach miała szczególnie istotny wpływ na kształtowanie się wyniku finansowego banków są koszty ryzyka (głównie odpisy z tytułu utraty wartości portfeli kredytowych i innych aktywów finansowych). Po osiągnięciu szczytu w Q4’2009 (na poziomie 4.6 mld) od początku 2010 koszty te powoli, ale systematyczne spadały natomiast 2011 r. przyniósł ich stabilizację na poziomie 2.1-2.2 mld kwartalnie. Dla porównania przed kryzysem nie przekraczały one 2 mld złotych, ale rocznie. Z jednej strony sugeruje to wciąż potencjał poprawy wyników w związku z obniżaniem się kosztów ryzyka, z drugiej strony trzeba jednak pamiętać, że otoczenie makroekonomiczne pozostaje niestabilne i oczekiwane spowolnienie gospodarcze, koszty ryzyka w br. prawdopodobnie podniesie. Proces ten może szczególnie dotyczyć segmentu kredytów dla firm, gdzie w ub.r. odnotowano największą poprawę (wskaźnik udziału „złych kredytów” spadł do 10.5% z 12.3% rok wcześniej, ten sam wskaźnik dla kredytów detalicznych pozostał na poziomie 7.2%).
 

Pomimo znacznej poprawy zysków rentowność mierzona relacją zysków do aktywów i kapitałów poprawiła się w mniejszym stopniu. Wynika to z faktu, że zyski uzyskiwane są przy coraz wyższych poziomach kapitałów i aktywów. ROE (dla zysku netto) wzrósł w 2011 r. do 14.9% z 11.8% w 2010 r, a ROA do 1.3% z 1.0% rok wcześniej. Są to wciąż wielkości poniżej tych osiąganych przed kryzysem (odpowiednio 21-22% i 1.6-1.7%), ale biorąc pod uwagę że banki działają dziś w zupełnie innym otoczeniu można uznać, że ubiegłoroczne poziomy rentowności odzwierciedlają „new normal”.
 

Aktywa sektora bankowego wzrosły w 2011 r. o 11.7% (do 1 295 mld), czyli nieco mocniej niż w 2010 r. (wzrost o 9.6%). Głównym motorem wzrostu aktywów w 2011 r. były kredyty mieszkaniowe (wzrost o blisko 20%r/r). Silne odbicie odnotowano w kredytach dla firm (wzrost o 18%r/r po spadku o 1% rok wcześniej). Równocześnie warto zauważyć, że tak wysokie dynamiki – zarówno w kredytach mieszkaniowych jak i dla firm – były po części zasługą osłabienia złotego. W efekcie wzrosła złotowa wartość istniejących już portfeli kredytów denominowanych w FX (szacunki wskazują, że oczyszczona z efektów kursowych dynamika wzrostu kredytów mieszkaniowych była o połowę niższa od raportowanej przez NBP, a w przypadku kredytów dla firm efekt kursowy zawyżył wzrost o ok. 4 p.p.). W stagnacji pozostały w 2011 r. kredyty nie-mieszkaniowe dla gospodarstw domowych (wzrost o nieco ponad 3%). W znacznie mniejszym stopniu niż w 2010 r. wzrósł portfel papierów wartościowych w posiadaniu banków. Na koniec roku wartość tego portfela wyniosła 250 mld złotych (+7.0%r/r). Wzrost ten był efektem wzrostu portfela papierów emitowanych przez NBP (przy spadku wartości portfela papierów rządowych), którego wartość na koniec 2011 wyniosła 93.3 mld złotych (wobec 74.6 mld na koniec 2010).
 

Reasumując, dalsza poprawa sytuacji makroekonomicznej znalazła mocne przełożenie na wyniki sektora bankowego w 2011 r. Na poziomie rentowności wyniki te wydają się odzwierciedlać obecne realia funkcjonowania banków. Z deklaracji zarządów wynika, że część z zysków wypracowanych w 2011 r. pozostanie w bankach, aby wzmocnić ich bazę kapitałową. To ważne, gdyż to właśnie zyskowność i adekwatność kapitałowa są dziś wyznacznikami atrakcyjności danego sektora bankowego. Tak długo jak dany sektor bankowy pozostaje atrakcyjny dla inwestorów i bezpieczny dla depozytariuszy nie musi sięgać po pomoc Państwa.
 

Komentarze (1)
Słowacki eksperyment z euro
 Oceń wpis
   

W kontekście problemów strefy euro oraz zobowiązań Polski do jak najszybszego przyjęcia wspólnej waluty warto pokrótce przyjrzeć się doświadczeniom Słowacji, związanym z ich uczestnictwem w projekcie unii walutowej (Słowacja weszła formalnie do strefy euro 1 stycznia 2009 r.). Jeśli wziąć pod uwagę dane dotyczące wzrostu gospodarczego, to nie są one złe. Wprawdzie w roku wejścia do strefy kraj dotknęła głęboka recesja (PKB skurczył się o blisko 5%), jednakże w kolejnych latach sytuacja wyglądała już znacznie lepiej. Wraz z poprawą europejskiej koniunktury (a co za tym idzie słowackiego eksportu) gospodarka zaczęła rosnąć (w 2010 wzrost wyniósł 4.2%, dla 2011 szacowany jest na ok. 3%). W efekcie, w porównaniu z 2008 realny PKB jest dziś ok.2% wyższy, co nie jest wynikiem złym biorąc pod uwagę, że cała Unia Europejska wciąż jest pod kreską (do poziomu z 2008 r. brakuje jej ok. 1%). Z drugiej strony trudno go też uznać za szczególnie dobry (dla porównania w przypadku Polski realny PKB wzrósł w tym okresie o blisko 10%).
 

Choć bieżący wzrost jest czynnikiem istotnym, to dużo ważniejsze jest to, jak euro oddziałuje i oddziaływać będzie w perspektywie średnioterminowej. Do pozytywnych efektów związanych z przynależnością do strefy należy zaliczyć stabilność jaką euro zapewnia firmom (np. w kontekście tworzenia planów inwestycyjnych) i gospodarstwom domowych (nie ma problemu kredytów walutowych). Do negatywnych należy z pewnością zaliczyć wpływ wprowadzenia euro na konkurencyjność słowackiej gospodarki, zwłaszcza przemysłu. Jest to kwestia tym bardziej istotna, że to właśnie przemysł był jednym z głównych motorów napędowych słowackiej gospodarki przed wejściem do strefy euro, a dziś Słowację charakteryzuje najwyższy wśród krajów UE udział (ponad 30%) przemysłu w wytworzonej wartości dodanej.
 

W przeciwieństwie do innych krajów regionu globalny kryzys nie przyniósł poprawy międzynarodowej konkurencyjności słowackiego przetwórstwa związanej z deprecjacją waluty. W efekcie tzw. REER, czyli realny efektywny kurs walutowy (odzwierciedlający konkurencyjność na tle partnerów handlowych związaną nie tylko ze zmianami nominalnymi kursów, ale także wynagrodzeń) pozostał na niezmienionym poziomie. Poziomie wysokim, ponieważ w latach poprzedzających wstąpienie do strefy euro słowacka korona silnie aprecjonowała, a na dodatek w szybkim tempie rosły również wynagrodzenia. W efekcie dziś wskaźnik REER kształtuje się ponad 30% powyżej poziomu z 2005 r, podczas gdy np. dla Polski jest on praktycznie na tym samym poziomie co 6 lat temu (głównie za sprawą deprecjacji złotego w ostatnich latach, która zamortyzowała efekty związane z szybkim wzrostem wynagrodzeń w okresie boomu gospodarczego). Ten brak możliwości dostosowania przez kurs drastycznie zmienił – na niekorzyść - pozycję konkurencyjną Słowacji w ramach Unii Europejskiej. O ile jeszcze kilka lat temu Słowacja należała do liderów konkurencyjności pod względem relacji wydajności do kosztów pracy, to dziś wielkość tego wskaźnika plasuje ją pod koniec drugiej dziesiątki wszystkich krajów UE. Równocześnie Słowacja nie miała wystarczającej ilości czasu, aby przewagi kosztowe zastąpić przewagami opartymi na konkurencyjności poza-cenowej. Jak wskazuje na to opublikowany niedawno ranking gospodarek UE pod względem innowacyjności Słowacja plasuje się na 5-tej od końca pozycji.
 

Te dramatyczne zmiany w pozycji konkurencyjnej naszego południowego sąsiada zaczynają się w wyraźny sposób przekładać na atrakcyjność inwestycyjną kraju. O ile w latach 2005-2008 Słowacja była w stanie przyciągnąć średniorocznie inwestycje zagraniczne o równowartości 5.2% PKB, to w roku 2009 były one ujemne (więcej kapitału odpłynęło niż napłynęło), a w dwóch kolejnych latach ukształtowały się w okolicach zera. Wynik byłby prawdopodobnie jeszcze gorszy, gdyby nie wysiłki rządu (głównie w formie ulg podatkowych) zmierzające do zatrzymania za wszelką cenę inwestorów, którzy coraz powszechniej wyrażają chęć przeniesienia produkcji do innych krajów.
Reasumując, można odnieść wrażenie, że Słowacja weszła do strefy euro w złym momencie, gdy jej relatywna konkurencyjność kosztowa uległa gwałtownemu pogorszeniu. Choć dziś gospodarka Słowacji generuje relatywnie wysokie tempo wzrostu, to jest to wciąż pochodna inwestycji dokonanych jeszcze przed wejściem do strefy. Perspektywy na najbliższe lata wydają się znacznie mniej optymistyczne, chyba że już dziś zostaną podjęte zdecydowane wysiłki w zakresie przywracania konkurencyjności, albo poprzez ograniczanie wzrostu płac przy szybkim wzroście produktywności, albo poprzez dokonanie szybkiej transformacji gospodarki w kierunku konkurencji poza cenowej.
 

Dla Polski przykład Słowacji powinien stanowić przestrogę, że konkurencyjność można stracić nie tylko w wyniku tego co dzieje się własnym kraju, ale także zmian zachodzących u innych. Dziś ten przekaz jest szczególnie istotny w kontekście dramatycznych wysiłków zmierzających do ograniczenia kosztów pracy w wielu krajach Europy Zachodniej. Ważne, aby podtrzymujący w tym momencie naszą konkurencyjność słaby zloty nie uśpił czujności i nie ograniczył wysiłków mających na celu poprawę wydajności pracy (tu bowiem – jak się wydaje – tkwią jeszcze duże rezerwy).
 

Opublikowane: Parkiet 18.02.2012

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze komentarze
2012-05-17 00:30
eur:
Euro - kosztowny gadżet
Euro wg mnie to rozwiąznie dobre jedynie dla gospodarek zblizonych w tempie rozwoju. A zyskuje[...]
2012-05-17 00:26
doradca_kredytowy:
Jak długo może działać efekt LTRO?
W końcu banka peknie i wyglada na to ze jestesmy coraz blizej tego momentu.
2012-05-17 00:20
kredyty_dla_firm:
Innowacyjność – mity i realia
"podstawowym warunkiem rozwoju jakiegokolwiek rodzaju innowacji jest sprawne i przyjazne[...]
O mnie
Andrzej Halesiak
Od kilkunastu lat w różnych miejscach (administracja publiczna, consulting, sektor bankowy) mam do czynienia z polską rzeczywistością gospodarczą. Po szczegóły zapraszam zainteresowanych na: http://www.linkedin.com/pub/0/363/0b9