Chcemy złapać króliczka czy tylko go gonić?
 Oceń wpis
   

Działania zadeklarowane przez premiera Donalda Tuska w jego exposé wyraźnie wpisują się w nurt procesów widocznych od miesięcy w innych krajach Europy. Po latach tłustych, z pewnym opóźnieniem, także i u nas nadchodzi czas zaciskania pasa. Dlaczego Polska – ta zielona wyspa – w ogóle musi zaciskać pasa? Przecież przetrwaliśmy kryzys 2009 r. i wciąż należymy do grupy najszybciej rozwijających się krajów Europy. Aby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, trzeba na podejmowane działania patrzeć nie jak na proces zaciskania pasa jako takiego, ale jak na korekty dotychczasowego modelu rozwoju. Korekty te wymusza z jednej strony otoczenie zewnętrzne, z drugiej zaś fakt, że obecny model rozwoju jest na dłuższą metę nie do utrzymania. Dlaczego? Opiera się on bowiem w dużej mierze na procesie zadłużania, które jak wiadomo potrafi doprowadzić nawet największy i najlepiej rozwinięty kraj do bankructwa. Obecnie – kiedy jeszcze nie jest za późno – trzeba sprawić, aby w większym stopniu niż dziś nasz rozwój opierał się na lokalnych oszczędnościach. W tym kontekście warto zadać pytanie, czy zaciskanie pasa w formie zaproponowanej przez rząd idzie we właściwym kierunku, tzn. czy adresuje problem makroekonomicznej nierównowagi, minimalizując przy tym negatywne konsekwencje dla wzrostu gospodarczego? Jak pokazują przykłady innych krajów bez tego drugiego elementu zaciskanie pasa może się stać celem samym w sobie i z czasem zaczyna przypominać gonienie króliczka nie po to, by go złapać, ale aby go gonić?
 

W ostatnich latach wzrost gospodarczy w Polsce utrzymywany był w dużej mierze dzięki prywatnej konsumpcji i wydatkom rządu. W przypadku gospodarstw wzrost konsumpcji miał miejsce przy niskiej stopie oszczędzania (nawet w 2009 r., gdy w większości krajów rozwiniętych odnotowano jej znaczący wzrost), a na dodatek do 2010 roku w dużej mierze także na kredyt. W sektorze publicznym deficyt występował w naszym kraju nawet w czasach dobrej koniunktury, a w ostatnich latach rozrósł się w skali podobnej do tej, jaka miała miejsce w krajach dotkniętych recesją (skumulowany deficyt sektora publicznego w latach 2009–2011 to równowartość około 20 proc. PKB przy średniej w strefie euro na poziomie około 18 proc.). Taki, a nie inny model rozwoju gospodarczego nie byłby możliwy bez zadłużania się za granicą. Od 1996 r. Polska notuje deficyt rachunku obrotów bieżących. Oznacza to, że absorbuje środki z zagranicy. W latach 2006–
–2010 skala absorpcji tych środków wyniosła średniorocznie aż 8,6 proc. PKB. Prawda, że dużą część z tego (3,7 proc. PKB) stanowiły bezzwrotne transfery z Unii i inwestycje bezpośrednie, ale pozostałe 4,9 proc. PKB rocznie przypadało na różne formy zadłużania się. Tylko pomiędzy końcem 2008 r. a wrześniem 2011 r. zadłużenie rządu z tytułu posiadanych przez inwestorów zagranicznych emitowanych na polskim rynku papierów skarbowych wzrosło z 56 mld zł do 158 mld zł! Cały dług zagraniczny (wszystkich sektorów gospodarki bez NBP) wzrósł z 41 mld euro w 1995 r. do 246 mld euro na koniec czerwca 2011 r. (w relacji do PKB z 38 proc. do blisko 70 proc.). Można oczywiście powiedzieć, że jest to wciąż zdecydowanie mniej niż w pochłoniętych kryzysem Grecji (152 proc.) czy Hiszpanii (146 proc.), ale to już dziś trzeba podejmować działania, by w sytuacji tych krajów nigdy się nie znaleźć.
 

A co do naszej wewnętrznej nierównowagi ma europejski kryzys? Po pierwsze, kryzys uświadomił, że nadmierne poleganie na oszczędnościach zagranicy może się skończyć bankructwem. Po drugie, spowoduje on, że dostępność (podaż środków) z zagranicy będzie mniejsza, a ich cena wyższa. Trudno np. liczyć na dalsze masowe finansowanie naszych banków przez ich właścicieli. Wygasać – w relacji do PKB – będą też stopniowo napływające do nas środki z Unii. Summa summarum można oczekiwać, że w najbliższych latach nasza gospodarka nie powinna i nie może liczyć na absorbowanie oszczędności z zagranicy w skali większej niż 3–3,5 proc. PKB, a w przypadku chronicznych problemów strefy euro nawet mniej. Tymczasem pozostanie na solidnej ścieżce wzrostu wymaga wysokiego poziomu inwestycji. Aby móc je sfinansować, trzeba dokonać zmian umożliwiających zwiększenie skali krajowych oszczędności. Musi się to odnosić przede wszystkim do ograniczenia i eliminacji ujemnych oszczędności sektora publicznego. To właśnie z tego powodu niezbędne jest zdecydowane ograniczenie deficytu budżetowego. Pożądany byłby także wzrost stopy oszczędności gospodarstw domowych.
 

Oczywiście bez działań kompensujących takie zmiany nie pozostaną bez wpływu na wzrost gospodarczy. Dlatego też tak ważnym elementem polityki gospodarczej powinno być jego wspieranie. W jaki sposób? Po pierwsze, poprzez politykę słabego złotego (niedopuszczanie do jego nadmiernej aprecjacji), zapewniającą, że w warunkach osłabienia wzrostu krajowej konsumpcji firmy są w stanie w większym stopniu sprzedawać swoje towary za granicę. Po drugie, poprzez wspieranie innowacyjności polskiej gospodarki, co jest kluczowe dla wzrostu międzynarodowej konkurencyjności nieopartej na cenach. Niezbędne jest również stworzenie bodźców dla inwestycji w sektorze prywatnym (np. poprzez systemy motywujące do poprawy efektywności energetycznej).
 

Jak w tym kontekście wyglądają przedstawione zamierzenia rządu? Otóż na plus należy z pewnością zaliczyć deklarowaną determinację w ograniczaniu deficytu. Zbyt mało natomiast akcentów położonych zostało na wspieranie wzrostu. Co więcej, w jego kontekście niektóre sposoby osiągania celu konsolidacji fiskalnej trudno uznać za optymalne.
Dobitnym przykładem w tym względzie jest np. potraktowanie firm, poprzez zwiększenie im obciążeń quazi-podatkowych. Zamiast tego, warto było np. pomyśleć nad formułą ich udziału we współfinansowaniu projektów unijnych (skoro rząd musi ograniczać swój udział w tego typu projektach). Można by np. stworzyć firmom alternatywę – wyższe obciążenia albo wykup udziału w spółce celowej, która buduje infrastrukturę. Oznaczałoby to dla sektora prywatnego wzięcie współodpowiedzialności za to, aby ta infrastruktura powstała, ale także późniejszą – poprzez udział w zyskach – partycypację w korzyściach z niej płynących. Równocześnie taka formuła zapewniałaby przejrzystość w zakresie wykorzystania środków firm – miałyby one pewność, że nie są one przejadane przez rozrastającą się biurokrację, ale idą na coś, co ma rzeczywiście służyć przedsiębiorcom i obywatelom.
 

Reasumując, zaciskanie pasa dla zaciskania pasa nie ma najmniejszego sensu. O ile wydaje się, że rząd dobrze odrobił zadanie w zakresie tego, czemu ma ono w Polsce służyć, to można mięć wątpliwości, czy optymalnie dobrano środki, tak aby zminimalizować konsekwencje dla wzrostu gospodarczego.
 

Opublikowane: Parkiet 23.11.2011

Komentarze (0)
Banki w polskie ręce? Środki z EBC trafią do …EBC?
1 | 2 |


   

Najnowsze komentarze
2016-06-04 10:38
piotr janiszewski1:
Czy podążamy śladami Greków?
Witam , Fakty wystarcza same za siebie... Większość podąża drogą do dłużnego[...]
2015-05-23 15:09
wykresyGieldowe:
Pomarzyć zawsze można
W zasadzie racja, ale w kluczowym momencie popełnił Pan kluczowy błąd. Istotą działalności firm[...]
2014-06-18 21:52
wykresyGieldowe:
Przemysł a najwyższa na świecie płaca minimalna
Zgodzę się z ogólnym przesłaniem. W Polsce to nie umowy śmieciowe są problemem – są one[...]
O mnie
Andrzej Halesiak
Komentator polskiej rzeczywistości. Więcej na: linkedin: https://pl.linkedin.com/in/andrzej-halesiak-0b9363 Twitter: @AndrzejHalesiak