Widzialna ręka banków centralnych
 Oceń wpis
   

Na stronach niniejszego bloga wielokrotnie krytycznie wyrażałem się o działaniach banków centralnych z ostatnich lat (np. http://andrzejhalesiak.bblog.pl/wpis,amerykanskie;rekordy;8211;;druga;strona;medalu,93652.html, http://andrzejhalesiak.bblog.pl/wpis,fed;kontra;golem,109440.html czy http://andrzejhalesiak.bblog.pl/wpis,decyzja;ebc;-;male;korzysci;duze;ryzyka,154121.html). Dzisiejsza decyzja banku centralnego Szwajcarii jeszcze bardziej umacnia mnie w tym krytycznym nastawieniu, co do post-kryzysowej roli banków centralnych. To prawda, że banki te odegrały istotną, pozytywną rolę w stabilizowaniu sytuacji na przełomie 2008 i 2009, ale im dalej od tych wydarzeń, tym pożyteczność podejmowanych przez nie działań staje się coraz bardziej wątpliwa. Coraz wyraźniej widać, że czasy, w których działania banków centralnych (przynajmniej rzekomo) koncentrują się na zapewnieniu stabilności rynków i gospodarek należą do najbardziej niestabilnych. Taka sytuacja skłania do hipotezy, że zamiast służyć stabilności, działania banków centralnych w rzeczywistości prokurują niestabilność, i to w silnie skondensowanej formie.

Na wstępie trzeba jednak postawić pytanie, o to czy banki centralne nie poszły zbyt daleko w dążeniu do „stabilności”. Dążenie bowiem do doskonałej stabilności rynków jest celem bardzo dyskusyjnym. W końcu wybuch największego od czasów wojny kryzysu (w 2008 r.) poprzedzał okres największej w historii stabilności. Wielokrotnie w ostatnich latach można się było przekonać o tym, że stabilność to z reguły „cisza przed burzą”. Jej sztuczne eliminowanie (np. poprzez wiązanie walut) prowadzi do budowania określonych oczekiwań. Za tym idą określone działania, strategie rynkowe, zajmowane pozycje itd. Problem pojawia się wówczas, gdy tych oczekiwań nie udaje się zmaterializować. Tak było np. z oczekiwaniem co do wejścia Polski do strefy euro. Przez pewien czas rynki (i społeczeństwo) zaczęło wierzyć, że to już tyko kwestia czasu i że w tej sytuacji jedyną możliwą drogą dla złotego jest jego aprecjacja. Rzeczywistość zweryfikowała jednak boleśnie te oczekiwania, a ich spuściznę (w postaci portfela kredytów denominowanych w walutach obcych) widać do dziś w bilansach banków. Zmienność jest rynkom potrzebna, gdyż służy jako swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, to wyraz „bieżącego spuszczania powietrza z systemu”. Jeśli się tego nie robi na bieżąco prowadzi się do „wzrostu ciśnienia i w konsekwencji eksplozji”.
Dokładnie taki scenariusz – przejściowej stabilizacji i następującej po niej „eksplozji” niestabilności - można było dziś zaobserwować na franku (po trzech latach sztucznego utrzymywania kursu na określonym poziomie, jego wahania w przeciągu kilku minut sięgnęły 30-40%). Podobne procesy widoczne są od kilku miesięcy na ropie - trzecia fala QE przeprowadzanego przez Fed pozwalał na utrzymywanie względnie wysokiej stabilności cen ropy pomimo faktu, że zmiany w sytuacji fundamentalnej (rosnąca podaż ropy spoza krajów OPEC i słaby popyt) były widoczne już od 2-3 lat. Gdy QE zabrakło mamy do czynienia z gwałtownym załamaniem cen.

Można odnieść wrażenie, że po tym jak powszechnie uznano i doceniono rolę banków centralnych w stabilizowaniu sytuacji na przełomie 2008-2009, te ostatnie poczuły się „panami sytuacji” (prezesi czołowych banków centralnych mogli się nawet poczuć kimś na kształt bogów). Przyjęły to uznanie jako przyzwolenie - w ramach i tak szerokiej już niezależności - do prowadzenia wszelkich możliwych eksperymentów na rynkach finansowych i realnej gospodarce. W efekcie społeczeństwa (ich systemy społeczno-gospodarcze) stały się swego rodzaju królikami doświadczalnymi – banki centralne wykorzystują warunki powstałe w następstwie kryzysu do testowania różnego rodzaju pomysłów, określonych działań, wycofywanie się z nich, podejmowanie nowych itd. itp. Co najgorsze nikt za to nie ponosi (i nie poniesie) żadnej odpowiedzialności. Zawsze przecież prezesi banków centralnych mogą powiedzieć (i trudno to niestety w praktyce zweryfikować), że bez tych działań byłoby jeszcze gorzej, nawet jeśli straty są tak olbrzymie jak w przypadku obywateli Szwajcarii, gdzie decyzja SNB doprowadziła do „wyparowania” blisko 10% wartości akcji notowanych na szwajcarskiej giełdzie, a więc oszczędności ulokowanych tam bezpośrednio lub pośrednio (poprzez fundusze inwestycyjne i emerytalne) przez obywateli tego kraju. Pytanie jakie się w tym kontekście rodzi jest takie, czy obywatele Szwajcarii (ale także wszystkich innych krajów) powierzając organom banków centralnych zadanie prowadzenia polityki monetarnej chcieli im rzeczywiście dać władzę podejmowania tak radykalnych działań, dokonywania tak ekstrawaganckich eksperymentów?
Do tego dochodzi jeszcze jeden wymiar – wymiar międzynarodowych reperkusji podejmowanych decyzji. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że działania banków centralnych stanowią dziś pierwszą linię frontu swego rodzaju wojny ekonomicznej. W ramach tej wojny poszczególne banki centrale starają się rozwiązywać (lub przynajmniej to deklarują) swoje problemy nie patrząc na szersze konsekwencje działań, w szczególności na wpływ podejmowanych przez nie decyzji na inne kraje. Gdy Fed przeprowadzał QE to destabilizował sytuację w wielu krajach emerging markets (bo to tam napływały „drukowane” w USA dolary prowadząc do silnej zmienności walut, wahań cen aktywów itp.). Teraz też SNB swoimi decyzjami niejako uprzedza „atak” ze strony EBC (ten ostatni podejmie prawdopodobnie wkrótce decyzję o „quantitative easing”, co mogłoby wzmóc falę napływu kapitału do Szwajcarii).

Te wszystkie przemyślenia prowadzą mnie do następujących wniosków. Po pierwsze świat, w którym ton wydarzeniom nadają z jednej strony coraz bardziej „aroganckie” banki centralne, a z drugiej strony coraz bardziej bezosobowe rynki finansowe, to niezbyt optymistyczna rzeczywistość i w związku z tym poszukując nowych instytucjonalnych rozwiązań dla post-kryzysowego świata jednym z kluczowych wyzwań staje się zdefiniowanie na nowo roli i miejsca rynków finansowych w globalnej gospodarce oraz miejsca banków centralnych w zarządzaniu tą globalną gospodarką. Po drugie możliwość efektywnych działań przeciw globalnym dziś rynkom finansowym wymaga koordynacji, a nie „walki” poszczególnych banków centralnych. Musi więc powstać instytucja/forum gdzie taka koordynacja może się dokonywać. Po trzecie wreszcie, ta koordynacja potrzebna jest chociażby w kontekście coraz bardziej widocznej potrzeby ograniczenia działalności spekulacyjnej różnego rodzaju instytucji finansowych (zwłaszcza funduszy hedgingowych), np. poprzez wprowadzenie globalnego podatku od transakcji finansowych (potrzebę takiego podatku zdefiniował już w 1978 r. J.Tobin).
 

Komentarze (0)
Czy UE/strefa euro rozwiązują... Dobra i zła deflacja
1 | 2 |


   

Najnowsze wpisy
2017-08-13 20:36 Polityka gospodarcza a produktywność
2017-08-01 20:19 Tylko tyle i aż tyle
2017-07-20 18:44 Pomniki głupoty
2017-07-07 19:13 The best of
2017-06-25 12:27 Współpraca albo marginalizacja
Najnowsze komentarze
2016-06-04 10:38
piotr janiszewski1:
Czy podążamy śladami Greków?
Witam , Fakty wystarcza same za siebie... Większość podąża drogą do dłużnego[...]
2015-05-23 15:09
wykresyGieldowe:
Pomarzyć zawsze można
W zasadzie racja, ale w kluczowym momencie popełnił Pan kluczowy błąd. Istotą działalności firm[...]
2014-06-18 21:52
wykresyGieldowe:
Przemysł a najwyższa na świecie płaca minimalna
Zgodzę się z ogólnym przesłaniem. W Polsce to nie umowy śmieciowe są problemem – są one[...]
O mnie
Andrzej Halesiak
Komentator polskiej rzeczywistości. Więcej na: linkedin: https://pl.linkedin.com/in/andrzej-halesiak-0b9363 Twitter: @AndrzejHalesiak