Znikające inwestycje firm – poszukiwania trwają
 Oceń wpis
   

Powyższy tytuł może sugerować, że zamierzam się odnieść do opublikowanych w tym tygodniu danych GUS wskazujących, że w pierwszym półroczu br. mieliśmy w polskiej gospodarce do czynienia ze spadkiem inwestycji firm, niewielkim wprawdzie, ale jednak. Temat ten zostawiam sobie jednak na jeden z najbliższych wpisów, a dzisiaj na temat inwestycji firm chciałbym spojrzeć z szerszej, globalnej perspektywy.

Otóż przeglądałem ostatnio materiały z niedawnego ECB Forum – spotkania przedstawicieli banków centralnych i świata nauki. Duża część debaty poświęcona była właśnie kwestiom inwestycji, szczególnie ograniczonej w ostatnich latach skali inwestycji przedsiębiorstw (fenomen ten dotyczy głównie krajów rozwiniętych). W wypowiedziach i prezentacjach nie zabrakł oczywiście odniesień do tradycyjnych wyjaśnień tego zjawiska w rodzaju: zbyt wysoka niepewność utrudnia podejmowanie decyzji inwestycyjnych (wysoka jest wartość tzw. opcji czekania), zbyt luźna polityka monetarna spowalnia proces „twórczej destrukcji” (w efekcie na wielu rynkach wiele jest firm zbyt słabych by się rozwijać, ale wystarczająco żywotnych by wegetować), czy też trudna sytuacja sektora finansowego prowadzi do ograniczeń w zakresie finansowania. Moją uwagę przyciągnęła jednak inna, znacznie mniej „headlinowa” hipoteza przedstawiona w dokumencie „Is there an investment gap in advenced economies? If so, why?” (bazująca w dużej mierze na nieco wcześniejszej publikacji „Investment-less growth: an empirical investigation” tych samych autorów). Otóż to co zaskakuje już na wstępie to fakt, że autorzy tego opracowania większy problem z inwestycjami firm upatrują w USA (gdzie już jakiś czas temu powróciły one do przedkryzysowego poziomu) niż w Europie Zachodniej (gdzie ich poziom dopiero osiąga ten przedkryzysowy). Twierdzą oni , że o ile problemy w Europie mają charakter cykliczny i są stosunkowo łatwe do przezwyciężenia, to w USA mają charakter strukturalny. Z czego wynikają? Otóż według autorów powodów niskich inwestycji firm należy upatrywać w: zbyt wysokiej koncentracji wielu branż (zdominowaniu wielu branż przez kilka dużych podmiotów) oraz w skracającym się horyzoncie inwestycji ze strony właścicieli/inwestorów firm.

Oba wątki są niezmiernie ciekawe i się ze sobą łączą. Zacznijmy jednak od teorii. Otóż ta w odniesieniu do wpływu koncentracji na inwestycje nie daje jednoznacznych rozstrzygnięć. Z jednej strony większa koncentracja sprzyja wyższej marżowości i zyskom, zwiększając tym samym zdolność do realizowania projektów inwestycyjnych. Z drugiej jednak strony ograniczona presja konkurencyjna jaka występuje na silnie skoncentrowanych rynkach ogranicza skłonność do inwestowania, szczególnie jeśli perspektywa inwestorów/właścicieli jest krótkookresowa.
Powracając do wspomnianej powyżej publikacji, autorzy na podstawie badań empirycznych argumentują, że w USA na skutek rosnącej skali regulacji rynków oraz ograniczonych działań anty-monopolowych spada dynamika firm (trudniej jest nowym firmom wejść na dany rynek, a jeszcze trudniej się na nim usadowić). W efekcie postępuje koncentracja, której sprzyja także sytuacja w akcjonariacie. Otóż wykształcenie się kilku/kilkunastu globalnych firm zarządzających aktywami (inwestujących w różne aktywa, w tym akcje) sprawia, że nie rzadko te same podmioty mają mniejsze lub większe udziały w kilku firmach z danej branży. Kierujący się polityką budowania wartości w krótkim terminie tego typu udziałowcy wykazują: i) silną preferencję wypłat sutych dywidend i/lub skupu akcji własnych nad długoterminowymi nakładami inwestycyjnymi, ii) preferowanie nakładów marketingowych (budowanie marki) w stosunku do wydatków kapitałowych, iii) silne poparcie dla działań typu M&A (połączenia i akwizycje), co prowadzi do dalszej konsolidacji poszczególnych rynków.

Podejście i tezy przedstawione przez autorów podobają mi się z trzech powodów. Po pierwsze jest spójne z ogólnymi odczuciami jakie się ma, gdy porówna się funkcjonowanie gospodarki USA dziś i powiedzmy 20-30 lat temu. Kiedyś była to rzeczywiście oaza konkurencji, a rozbijanie mniej lub bardziej formalnych monopoli/oligopoli było sztandarową wizytówką Ameryki. Dziś pod względem przeregulowania rynków USA bije na głowę nawet Unię Europejską (świadczą o tym chociażby statystyki OECD w zakresie tzw. „product and market regulations”), a o zdecydowanych działaniach antymonopolowych nikt dawno nie słyszał.

Po drugie, pokazuje, że przyczynowość w świecie ekonomii może być bardziej złożona, niż się to w wielu przypadkach wydaje.

Po trzecie wreszcie hipotezy przedstawione w przywołanych publikacjach potwierdzają to, o czym sam pisałem już jakiś czas temu (np. w „Amerykańskie rekordy – druga strona medalu”,), że jeśli dopuści się do nadmiernego rozrostu sfery finansowej (a USA jest pod tym względem książkowym wręcz przykładem), to zaczyna ona silnie oddziaływać na funkcjonowanie sfery realnej gospodarki - napompowany przez dziesięciolecia ultra-luźnej polityki monetarnej Golem rynków finansowych (o którym pisałem w „Fed kontra Golem”) zbiera niejako swoje żniwo.

 

Komentarze (0)
Polityka gospodarcza a... Garniec miodu i dwie łyżeczki...

Komentarze


   

Najnowsze komentarze
2017-11-16 03:28
piotr janiszewski1:
Co po obecnym boomie?
CO...!!??? Kierunek ex ante pokazuje od wielu miesięcy SWIG80...!!!
2017-11-07 15:46
angling:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Crowdfunding też odpada w Polsce po ostatnim "incydencie" z Secret Service.
2017-11-05 08:29
artysta:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Najlepszy jest kredyt kupiecki.
O mnie
Andrzej Halesiak
Komentator polskiej rzeczywistości. Więcej na: linkedin: https://pl.linkedin.com/in/andrzej-halesiak-0b9363 Twitter: @AndrzejHalesiak